wtorek, 22 listopada 2011

Korczak. Próba biografii.

Przeczytałam tę książkę już jakiś czas temu, jednak trudno mi napisać jej recenzję. Po raz kolejny przekonuję się, że niełatwo przychodzi opisywanie bardzo dobrych książek. Chciałoby się napisać krótko i jasno: „Przeczytajcie, bo naprawdę warto”. Tylko czy to wystarczy, żeby kogoś rzeczywiście zachęcić? Każdy jednak wolałby wiedzieć, dlaczego warto, co takiego jest w tej książce, czego może nie ma w innych. Trudno coś napisać, żeby nie popaść w banały.

Właściwie przed podobnym zadaniem musiała stanąć autorka, Joanna Olczak-Ronikier – jak napisać o Korczaku, żeby nie popaść w banał. Przecież wszyscy wiemy, że wybitny pedagog, że społecznik, że pisarz, że bohater, co tu dodawać? Ano, człowieka. Autorce udało się zachować doskonałą równowagę i nie przechylić się ani w kierunku szkolnych laurek ani w kierunku powszechnego dzisiaj wśród biografów wchodzenia z butami w prywatne życie. Joanna Olczak-Ronikier odsłania pewne tajemnice, czy mniej znane fakty, z życia Henryka Goldszmita, jednak nie zagłębia się w nie, nie drąży, nie docieka.

Każda historia zawsze się gdzieś zaczyna” („Korczak. Próba biografii”, Joanna Olczak-Ronikier, WAB 2011, s.13) Nie ma sensu opisywać tu jej w skrócie – dość powiedzieć, że życiorys doktora, choć oczywiście jest głównym wątkiem książki, stanowi równocześnie pretekst do pokazania też innych tematów: losów ludności żydowskiej w Polsce, życia w Warszawie w pierwszej połowie XX wieku, a także historii stworzonego przez Korczaka Domu Sierot – a więc także jego wychowanków i współpracowników. Mając w pamięci ostatnie kadry z filmu Wajdy, zdajemy się zapominać o tym, że w Domu Sierot było więcej pracowników i że również za nimi zamknęły się drzwi wagonów jadących do Treblinki: „Heniek – czyli Henryk Azrylewicz, brat Róży, pracownik kancelarii. Stary Henryk Asterblum – wieloletni księgowy. Na końcu Stefania Wilczyńska. Podobno to ona dopilnowała, by wzięto kanapki i wodę na drogę.” (tamże, s.433)

Podobnie jak w przypadku „W ogrodzie pamięci”, Joanna Olczak-Ronikier zachwyca piękną polszczyzną i umiejętnością snucia opowieści. Wspaniale potrafi połączyć pojedyncze fragmenty rzeczywistości układając je w żywy, malowniczy obraz:

Miasto było pełne atrakcji. Ulicami maszerowało rosyjski wojsko, grały wojskowe orkiestry, galopowała konnica. Straż ogniowa – chluba Warszawy – gnała do pożaru, a za nią biegli chłopcy z całego miasta. Rumaki z rozwianymi grzywami ciągnęły za sobą wozy strażackie, na których stali strażacy w lśniących, mosiężnych kaskach i podskakiwały beczki napełnione wodą.
Długowłosy pop zmierzał do pobliskiej cerkwi, dostojny rabin w lisiurze do synagogi, zakonnice w śnieżnobiałych kornetach przemykały cichutko do swego klasztoru. Straszyli żebracy w łachmanach, wyciągający pod każdym kościołem rękę po datek. Zachwycały wystawami eleganckie sklepy. U Anczewskiego marcepanowe owoce, jarzyny, szynki, kiełbasy wyglądały jak prawdziwe. U Fruzińskiego można było dostać najlepsze cukierki i czekoladki. W księgarni Hoesicka na rogu Senatorskiej i Miodowej kusiły kolorowymi ilustracjami najnowsze książki dla dzieci
” (tamże, s. 53-54)

Przyznaję, że również dla mnie Korczak stanowił wcześniej jedynie pomnik, nawet nie czytałam „Króla Maciusia Pierwszego”. Dzięki tej lekturze nie tylko dowiedziałam się, że Korczak miał wielkie ambicje literackie, że był cenionym lekarzem jeżdżącym na zagraniczne sympozja, że należał do loży masońskiej, ale również poznałam jego niezwykle wartościowe, nowatorskie jak na tamte czasy, teorie dotyczące wychowania dzieci. Szkoda, że dzisiaj półki w księgarniach uginają się od pseudoporadników pisanych przez celebrytki, które urodziwszy jedno dziecko dzielą się ze światem swoją wiedzą na temat wychowywania, a nie można na nich znaleźć pozycji „Jak kochać dziecko”.

Na koniec jednak powiem krótko to, co chciałam powiedzieć od początku: Przeczytajcie, bo naprawdę warto! 

Tytuł: Korczak. Próba biografii.
Autor: Joanna Olczak-Ronikier
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 480

niedziela, 13 listopada 2011

Powrót nauczyciela tańca

Dopiero co pisałam o skandynawskich kryminałach i o tym, że za kryminałami nie przepadam, a tu voila, sięgnęłam po najpopularniejszego chyba ostatnio skandynawskiego pisarza powieści kryminalnych Henninga Mankella. I, chyba będę odosobniona w swojej opinii, zawiodłam się na tej lekturze.

Sięgnęłam po Mankella po wielokrotnych namowach, a ostatecznie, po recenzji w kwartalniku „Książki”. Fragment recenzji z „The Times”, który znajduje się na okładce („Wciągający, sugestywny thriller, który rozgrywa się w przerażająco mrocznej atmosferze zła”) również zaostrzył mój apetyt na tę książkę. A tymczasem przez połowę książki poważnie rozważałam jej odłożenie, nie znalazłam w niej ani mrocznej atmosfery, ani wciągającego thrillera.

Na odludziu na północy Szwecji zostaje brutalnie zamordowany były inspektor policji Herbert Molin. Morderstwo jest wyjątkowo okrutne, a przy tym ewidentnie drobiazgowo zaplanowane – od użycia gazu łzawiącego, po krwawe ślady na podłodze układające się w kroki tanga. Miejscowej policji w śledztwie prywatnie pomaga Stefan Lindman – dawny współpracownik Molina. Trop prowadzi do czasów drugiej wojny światowej i wstydliwych faszystowskich sympatii niektórych Szwedów. Więcej z fabuły nie mogę zdradzić, żeby nie zepsuć nikomu przyjemności ze stopniowego odkrywania nowych faktów i powiązań.

UWAGA W TYM AKAPICIE SĄ SPOILERY! 

Po raz kolejny moje zarzuty co do danej pozycji opierają się na niespełnionych oczekiwaniach. Chciałam, żeby mnie porwało, żebym nie mogła się oderwać, żebym zaniedbała inne obowiązki, byle tylko się dowiedzieć „kto zabił i dlaczego”, a tu nic. Śledztwo posuwa się do przodu powoli, policjanci sami wydają się znużeni tym, co robią. Czytelnik podobnież; „Powrót nauczyciela tańca” liczy sobie blisko 550 stron i jest moim zdaniem przegadany, spokojnie dałoby się to samo opowiedzieć na mniejszej liczbie stron (może nawet z korzyścią dla suspensu i rozwoju akcji). Do tego niektóre punkty fabuły wydały mi się trochę naciągane – czy da się w pomieszczeniu, w którym zabiło się człowieka (czyli jest tam dużo krwi) zostawić na tyle wyraźne ślady kroków, by dało się odczytać wzór tanga? Również motyw tego zabójstwa jak i całe zachowanie sprawcy wydawały mi się dziwne (SPOILER: no, żeby jechać z Ameryki Południowej do jakiejś chatki w lesie na północy Szwecji, żeby pomścić morderstwo dokonane kilkadziesiąt lat temu…).

Nie czytałam innych książek Mankella, w ogóle ze skandynawskich „hitów” czytałam tylko „Millenium” i Theorina, a mimo to już mam poczucie, że „to już było”: wyjątkowo brutalne morderstwo, odludzie, motywy faszystowskie. Już od dzieciństwa nudzi mnie, gdy autor buduje swoje książki na podobnym schemacie (tak po trzech książkach o małych dzieciach, które z Indii [lub z Ameryki] trafiają do zimnej, deszczowej Anglii pod opiekę nieczułych i niesympatycznych osób, skończyła się moja przygoda z książkami F.H. Burnett). Dlatego też myślę, że już mi starczy kryminałów skandynawskich.

Tytuł: Powrót nauczyciela tańca
Autor: Henning Mankell
Tłumacz: Ewa Wojciechowska
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2011
Stron: 560

poniedziałek, 7 listopada 2011

Zmierzch


Ostatnio na półkach księgarskich daje się wyraźnie zauważyć trend powiedzmy „geograficzny” – że jak rozpoczynanie nowego życia, to koniecznie w Prowansji lub Toskanii (w wersji rodzimej na Mazurach albo w Sudetach), a jak kryminał to nigdzie indziej jak w Skandynawii. Po spektakularnym sukcesie trylogii „Millenium” Stiega Larssona półki uginają się od kolejnych kryminałów Mankella, Läckberg, Nesbo. Zgadzam się, że surowa północ to doskonały entourage dla mrocznych historii. Ja jednak zdecydowałam się sięgnąć po innego autora i książkę, której próżno szukać na półkach (nakład wyczerpany – wielka szkoda). Jest to „Zmierzch” - debiut szwedzkiego dziennikarza Johana Theorina, pierwsza książka z zamierzonego czterotomowego cyklu olandzkiego (druga „Nocna zamieć” jest opisana tu).

Akcja książki toczy się na szwedzkiej wyspie Olandii leżącej na Bałtyku. Olandia to nieprzyjazne, surowe miejsce, pokryte w dużej części alvaretem – wielką połacią traw i krzewów, na której łatwo zgubić drogę, a trudno znaleźć pomoc. Na alvaret właśnie pewnego mglistego jesiennego dnia wybrał się pięcioletni Jens i nigdy nie wrócił. Powszechnie uznano, że we mgle poślizgnął się nad brzegiem morza i utopił się w zatoce. Matka chłopca nie chce jednak pogodzić się z tą wersją, ani w ogóle przyjąć do wiadomości, że jej syn nie żyje. Po kilkunastu latach od tego tajemniczego zniknięcia mieszka sama w dużym mieście, borykając się z depresją. Któregoś dnia odbiera telefon od ojca, który twierdzi, że znalazł jakiś trop w sprawie zaginięcia Jensa. Prywatne śledztwo Julii i Gerlofa pomaga Julii zakończyć nieprzebytą żałobę i prowadzi do odkrycia niejednej tajemnicy sprzed lat.

Szczerze mówiąc, „Zmierzch” mniej mi przypadł do gustu niż druga część olandzkiego cyklu „Nocna zamieć”. Sądzę, że jest to wynikiem różnicy w gatunku – „Zmierzch” to typowy kryminał: jest tajemnicze zaginięcia, są ślady, mozolnie składane w sensowny obraz, jest podejrzany, a na końcu i tak wszystko okazuje się inaczej, niż się spodziewaliśmy. I jako kryminał jest to pozycja bardzo dobra. „Nocna zamieć” z kolei można by zaliczyć prędzej do thrillerów – dom o tragicznej historii, wyczuwalna obecność duchów sprzed lat, słowem, ciarki przechodzą od czytania. Sądząc po tym, że obie powieści mają stanowić wspólny cykl, zaczynając „Zmierzch” spodziewałam się bardzo zbliżonej lektury, stąd pewne rozczarowanie.

Jestem jednak przekonana, że dla miłośników kryminałów będzie to świetna i wciągająca lektura.