niedziela, 10 sierpnia 2014

Rachel Cusk i Agnieszka Graff o macierzyństwie ("Praca na całe życie" i "Matka feministka")

 Wszystkie książki o doświadczeniu macierzyństwa są literaturą bardzo szczególną, bo dotykającą intymnej sfery kobiety i jej indywidualnego doświadczenia. Zazwyczaj książki takie są uznawane za kontrowersyjne, bo to, czego doświadcza jedna matka, może być zupełnie różne od tego, co odczuwa inna. Do tego dochodzi jeszcze wciąż dobrze trzymający się mit matki Polki, dla której dziecko i dbanie o rodzinę są sensem istnienia.  Na szczęście jak grzyby po deszczu pojawiają się książki, które może nie tyle obalają stereotypy, co dają ujście innym doświadczeniom i emocjom. Wystarczy wspomnieć „Macierzyństwo non-fiction”Joanny Woźniczko-Czeczott.

W ten sam nurt wpisuje się kanadyjska pisarka Rachel Cusk ze swoją książką „Praca na całe życie. O początkach macierzyństwa”. Jest to książka przede wszystkim bardzo szczera i osobista. Właściwie bolesna nawet. Mamy więc kobietę, która staje się matką. Wróć. Mamy kobietę, która rodzi dziecko, ale nie wie jeszcze, czy umie stać się matką. I co to właściwie miałoby znaczyć i nieść za sobą. Pierwsze miesiące tej nowej sytuacji to dla niej trudne i mozolne przecieranie szlaku, docieranie się nie tylko z córeczką, ale i z nową sobą. Przyznam, że patrząc na temat osobiście, nie odnajduję się w tej książce. Choć daleka jestem od promowania lukrowanego obrazu macierzyństwa, jakoś szczęśliwie udało mi się w nowej roli szybko znaleźć siebie i satysfakcję. Tu natomiast swoją historię opowiada kobieta, która z przyjęciem tej nowej roli miała pewien kłopot. Może nie czuła się dojrzała do macierzyństwa? Może wcale nie planowała tego dziecka?  A może to ja po prostu nigdy nie zastanawiałam się szczególnie nad swoimi rolami w życiu ani nad kwestią własnej wolności? Myślę, że i tak warto polecić tę książkę każdej „początkującej matce”. Bo choć ja osobiście miałam inne doświadczenie, znam parę osób, którym może byłoby trochę łatwiej po przeczytaniu tej książki.

Pozostając w tym samym temacie wspomnę o jeszcze jednej książce – „Matka feministka” Agnieszki Graff. O ile jednak dotychczas czytane przeze mnie książki skupiały się na samym doświadczeniu bycia matką (obie wspomniane wyżej i jeszcze „Czarne mleko” ElifSafak), o tyle Agnieszka Graff skupia się na doświadczaniu roli matki w społeczeństwie. Skupia się na tym, że w polskim społeczeństwie (rozumianym łącznie z polityką) kobieta-matka ma właściwie tylko dwa możliwe miejsca do wyboru: albo miejsce po stronie feministek, czyli szybki powrót do pracy z oddaniem dziecka do żłobka i godzenie wszystkiego z pełnym profesjonalizmu uśmiechem jak jakaś supermenka (taka jak na okładce), albo bardziej konserwatywne oddanie się całkowicie rodzinie z porzuceniem kariery zawodowej. Układ ten funkcjonuje i wydaje się, że nikt nie widzi w tym problemu. Nikt poza samymi matkami. Bo może jednak dałoby się wzorem niektórych innych państwa wprowadzić rozwiązania umożliwiające rodzinom (nie matkom) sprawniejsze godzenie wszystkich ról, większe uczestnictwo ojców w wychowywaniu dzieci, lepszą i bardziej elastyczną opiekę instytucjonalną? Może i by się dało, ale nikt nie ma w tym interesu. O tym, że tak jest, dlaczego tak jest, i jak to można zmienić (czy w ogóle można) pisze właśnie Agnieszka Graff. A w bonusie kilka celnych felietonów, które Agnieszka Graff publikowała przez pewien czas w czasopiśmie „Dziecko”.

Polecam obie (a nawet „obie cztery”) książki, zwłaszcza do lektury przy piaskownicy . J

Tytuł: Praca na całe życie. O początkach macierzyństwa.
Autorka: Rachel Cusk
Tłumaczyła: Agnieszka Pokojska
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 216

Tytuł: Matka feministka
Autorka: Agnieszka Graff
Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 256


piątek, 8 sierpnia 2014

Niewidzialna korona


 Pophistoria, czyli historia podana w sposób przystępny i atrakcyjny dla każdego laika to specjalność Elżbiety Cherezińskiej. Z każdą kolejną książką dowodzi tego jeszcze bardziej. Po „Koronie śniegu i krwi” byłam pewna, że to jej najlepsza książka. Ale potem pojawiła się silna konkurencja w postaci „Legionu” z jego filmową wręcz akcją osadzoną w czasach II wojny światowej. Teraz jednak moje czytelnicze serce jest znów przy Piastach za sprawą porywającej „Niewidzialnej korony”.

Autorka podejmuje wątek tam, gdzie kończy się „Korona śniegu i krwi”, czyli po zamordowaniu króla Przemysła. Ledwo odrodzone  i od razu „osierocone” Królestwo Polskie znów staje się łakomym kąskiem zarówno dla sąsiadów (margrabiów brandenburskich z demoniczną Mechtyldą Askańską na czele i czeskich Przemyślidów z lubieżnym i okrutnym Wacławem II), jak i dla książąt dzielnicowych. Panowie Starszej Polski wraz z arcybiskupem Świnką – choć po trudnych dyskusjach i niejednogłośnie - na tron przywołują księcia kujawskiego Władysława (Łokietka). Niestety wobec braku poparcia najmożniejszych rodów, a także z powodu własnej impulsywności  Władysław ponosi klęskę za klęską, doprowadzając siebie do opuszczenia kraju, a królestwo do oddania się w lenno Przemyślidom. Nie brzmi zbyt ciekawie? Bo właśnie w tym tkwi siła książki, że nie jest ona podręcznikiem historii, ale barwną opowieścią zaludnioną ekspresyjnymi bohaterami, których kochamy kochać i nienawidzić. Do tej pierwszej grupy na pewno zalicza się królewna Rikissa – śliczna, odważna, sprawiedliwa i pełna wielkiej mądrości życiowej (chyba w genach ją dostała, bo trochę za mała na własne doświadczenie) – i jej dwoje obrońców: odważny Michał Zaremba i uczuciowa Kalina. Ulubieniec z poprzedniej części, Jakub Świnka, jako arcybiskup znacznie spoważniał, ale ma godne następczynie w postaci wrocławskich klarysek. Zakon ten nazywany „zakonem dla księżniczek” gromadzi w swoich murach dziewczęta i kobiety z możnych rodów, którym nie udało się odpowiednio wyjść za mąż. A ponieważ wszystkie są ze sobą jakoś skoligacone, zakon kipi od plotek i ploteczek: od polityki po tajemnice alkowy. Do bohaterów budzących powszechną antypatię czytelników, oprócz wspomnianej Mechtyldy i Wacława, można dodać chciwego i rozpustnego biskupa krakowskiego Jana Muskatę albo okrutniejszego jeszcze od Mechtyldy margrabię brandenburskiego Waldemara. Te wyraziste postaci rozmawiają ze sobą językiem bardzo współczesnym (jak na mój gust, chwilami zbyt współczesnym), dzięki czemu dialogi są wartkie i dowcipne.   

Gdyby ktoś chciał się czepiać, to może powiedzieć, że bohaterzy zbyt czarno-biali, że język zbyt współczesny, że sytuacje czasem przerysowane, że fakty naciągnięte. To wszystko prawda, ale gdy się czyta, to w ogóle się nie zwraca na to uwagi, bo ta książka porywa jak mało która.

I cokolwiek by nie mówić, należy autorce oddać to, że potrafi przybliżyć Polakom naszą własną historię. Dzięki świetnym pisarkom (Mantell, Gregory) i świetnym serialom („Dynastia Tudorów”) dobrze poznaliśmy bohaterów historii Anglii. Ze szkoły pamiętamy jeszcze Dumasa i Hugo, a dzięki nim kawałek historii Francji. A Polska? No dobrze, zawsze mieliśmy Sienkiewicza, ale to trochę mało, w dodatku już zbyt mocno przesiąknięte indoktrynacją szkolną. A teraz pojawia się Elżbieta Cherezińska ze swą niezwykłą umiejętnością nadawania życia pomnikom i suchym faktom.

Naprawdę bez względu na to, czy lubiliście w szkole historię, czy był to dla was najbardziej znienawidzony przedmiot, dajcie szansę tej książce! Nie zawiedziecie się!

PS. Choć „Niewidzialna korona” stanowi kontynuację „Korony śniegu i krwi” można bez obaw czytać jako odrębną powieść, bo w tekście pojawia się wiele wyjaśnień dotyczących wydarzeń z pierwszej książki. Ale… skoro można mieć dwa razy dłuższą przyjemność z lektury świetnych książek, to czemu z niej rezygnować?

Tytuł: Niewidzialna korona
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 768


sobota, 12 lipca 2014

On wrócił

Lubicie historie w rodzaju filmu „Goście, goście”, kiedy postaci z przeszłości budzą się w dzisiejszym świecie i swoją nieporadnością wywołują salwy śmiechu? To posłuchajcie tego: Oto w 2011 roku na opuszczonej działce gdzieś w Berlinie budzi się Adolf Hitler. Tak, ten Adolf Hitler. Nie wie, jak się tu znalazł i nie zdaje sobie z sprawy z tego, który jest rok. Ostatnie, co pamięta, to wieczór 1944 roku spędzony we własnej kwaterze z Ewą Braun. Krok po kroku (głównie z „pomocą” napotkanych ludzi) uzmysławia sobie, że od tamtego wieczoru  świat wyraźnie się zmienił. I nawet gdy w końcu przyjmuje do wiadomości, że obudził się 65 lat później, nie działa to na niego deprymująco. Wprost przeciwnie – trzeba przecież ratować ducha narodu! Wobec oczywistej niemożliwości wystąpienia tej sytuacji, wszyscy napotkani ludzie przyjmują, że Adolf Hitler to po prostu genialny komik, brawurowo wcielający się w rolę Führera. Hitler w krótkim czasie dostaje więc swój program w telewizji, a jego skecze biją rekordy popularności na YouTubie.

Na początku uznałam ten pomysł na książkę za rewelacyjny. Zawsze motyw przeniesienia w czasie ma duży potencjał humorystyczny. Można pośmiać się z tych, którzy nie potrafią obsłużyć telewizora, ale też można spojrzeć na naszą rzeczywistość z innej perspektywy, która obnaża nasze absurdy i głupotę. Tym bardziej zabawnym pomysłem musi więc być wprowadzenie w rolę takiego podróżnika w czasie upadłego dyktatora, któremu zdaje się, że jego czas wcale jeszcze nie minął i musi nadal kierować naród ku świetlanej przyszłości.

Jednak w tym momencie pojawia się refleksja (która zresztą znajduje pewne odbicie w książce): czy z tego można się śmiać? Czy ze zbrodniarza można kreować ikonę popkultury? Czy ze zbrodniarza można robić budzącego sympatię czytelnika bohatera książki? Nie potrafię na to rzetelnie odpowiedzieć, ale mam wewnętrzne przekonanie, że jednak nie. Z drugiej strony ta kreacja ma też swoje drugie dno: uzmysłowienie nam tej właśnie "banalności zła", która prowadzi nas do relatywizacji moralności na rzecz chwilowej uciechy gawiedzi.

Ale to nie ten dylemat moralny zaważył na moim ogólnym odbiorze tej książki. Po około stu stronach (kiedy to najpierw doceniałam pomysł i komizm, a następnie rozważałam kwestie etyczne) przyszło kolejnych 300 stron, które były zwyczajnie nudne. W wątek, który zmieściłby się na maksymalnie 150 stronach wpleciono liczne i długie dygresje i rozmyślania samego Hitlera dotyczące historii Niemiec, II wojny światowej, aktualnej sytuacji politycznej Niemiec i kondycji narodu niemieckiego. Z pewnością dla Niemców (i może historyków)  te dygresje są znacznie ciekawsze, ale mnie po prostu zanudziły. Ciągle jednak pozostaje świetny humor i niepokojące drugie dno, a nudne fragmenty zawsze można pominąć...


Tytuł: On wrócił
Autor: Timur Vermes
Tłumacz: Eliza Borg
Wydawnictwo: WAB
Rok wydania: 2014

Liczba stron: 400