poniedziałek, 31 grudnia 2012

Rachunek sumienia 2012


To nie był czytelniczo dobry rok, dlatego też wpis kończący rok 2012 postanowiłam zatytułować nie „Podsumowanie” lecz „Rachunek sumienia”. Przeczytałam tylko 24 książki, co daje ubogi wynik dwóch książek miesięcznie. Kiedy sobie to uświadomiłam, zaczęłam się zastanawiać, czy jest sens prowadzić blog o książkach czytając tak niewiele. Ale doszłam do wniosku, że to właśnie blog często motywuje mnie do przeczytania czy dokończenia jakiejś książki. Tak więc blog zostaje i mam nadzieję, że będziecie tu czasem zaglądaćw Nowym Roku. 

Tradycyjnie każdy na swoim blogu wybiera spośród przeczytanych książek jakąś książkę roku; książkę, która była dla niego objawieniem, przeżyciem i doznaniem artystycznym. W tym roku znakomita większość książek, które przeczytałam, mogłaby aspirować do miana książki roku (może mniejsza ilość przekłada się na wyższą jakość?), ale najlepszą książką, jaką przeczytałam w tym roku, i jedną z najlepszych, jakie w ogóle przeczytałam, są „Chłopi” Reymonta.

Mam nadzieję, że Nowy Rok przyniesie mi wiele ciekawych lektur, na których czytanie znajdę czas bez uszczerbku dla wszystkich codziennych obowiązków. Liczę, że pomoże mi w tym mój prezent od Gwiazdora, a mianowicie Kindle.

Wszystkim czytelnikom Kącika Książki dziękuję za obecność, za komentarze oraz inspiracje płynące z Waszych blogów i na Nowy Rok 2013 życzę ciekawych spotkań z książką i wszelkiej pomyślności.

piątek, 28 grudnia 2012

Gra w kości



Po „Grę w kości” sięgnęłam zachęcona lekturą „Korony śniegu i krwi”. W końcu trafiłam na autorkę, która pasjonująco opowiada historię Polski doprawiając fakty historyczne sporą dozą wyobraźni i budując w ten sposób żywy i pełen emocji obraz.

„Gra w kości” dotyczy dziejów wcześniejszych niż Polska rozbiorowa, w której toczy się akcja „Korony…”. Znajdujemy się u schyłku X wieku, a więc są to czasy Bolesława Chrobrego. Książę Bolesław prowadzi bardzo ambitną politykę i dąży do wzmocnienia pozycji swoich ziem. Zrządzeniem losu okazuje się misja biskupa praskiego Wojciecha, który z Gniezna wyrusza na Prusy, by tam szerzyć wiarę chrześcijańską. Jak wiemy z historii, Wojciech ponosi męczeńską śmierć, a jego ciało wykupuje właśnie Bolesław i umieszcza w Poznaniu (później w Gnieźnie). Szczątki męczennika za wiarę stanowią ważną kartę przetargową, szczególnie w stosunkach z młodym niemieckim cesarzem Ottonem III. Otto jest równorzędnym bohaterem książki. Autorka prowadzi narrację dwutorowo: z jednej strony poznajemy księcia Bolesława, jego więzy rodzinne oraz bliskich współpracowników, a z drugiej cesarza Ottona, jego sprawy i jego doradców. Bolesław jest wojownikiem, nieznoszącym czekać raptusem, którego w chwilach gniewu nie potrafi uspokoić ani oddany biskup Unger ani ukochana żona. Otto zaś to cudowne dziecko na wielkim tronie; choć nieco egzaltowany i tak budzi sympatię w tym, jak szuka swojej drogi balansując pomiędzy wiarą a władzą, surowością a miłosierdziem.

Paralelne przedstawienie postaci Bolesława i Ottona i ich wątków daje możliwość zestawienia dwóch odmiennych kultur: pełnego przepychu cesarstwa rzymskiego i surowej krainy Bolesława (która nawet jeszcze nie ma swojej nazwy jako państwo). Kraj Bolesława wypada w tym zestawieniu nadzwyczaj dobrze: dla młodego cesarza przybywającego do Gniezna w 1000 roku jest jak powiew świeżego powietrza, wolny od zaduchu fałszywych komplementów i przerostu formy nad treścią. Chociaż przyznam, że czytając o przygotowaniach do wizyty cesarza (w wielkim pośpiechu, często prowizorycznych), nie mogłam się oprzeć porównaniu z organizacją tegorocznych mistrzostw Europy. Na szczęście i Zjazd Gnieźnieński, i Euro 2012 zakończyły się powodzeniem i poprawą wizerunku naszego kraju za granicą.

W porównaniu do „Korony…” „Gra w kości” podobała mi się trochę mniej, co chyba wynika z samej fabuły. W „Koronie…” było więcej emocji, więcej intryg, więcej tajemnic, wszyscy dążyli do tego samego celu, a wyścig był bardzo emocjonujący. W „Grze w kości” jest mniej emocji za to więcej polityki. Dzięki lekturze „na własne oczy” widzimy, jak skomplikowana była sieć wzajemnych zależności w średniowiecznej Europie, jak małżeństwa, narodziny, zgodny, sojusze i religia wpływały na zmianę sytuacji politycznej. Książka, choć przecież beletrystyczna, była tworzona pod czujnym okiem historyków, więc w warstwie faktograficznej może stanowić bardzo ciekawe wprowadzenie do polityki środkowoeuropejskiej na przełomie X i XI wieku. Uważam, że zalecenie lektury „Gry w kości” uczniom szkół im. Chrobrego, który notabene był patronem i mojego liceum, przyniosłoby znacznie lepsze efekty niż nudne apele ku czci patrona.

PS. Podobnie jak w przypadku „Korony…” i tu dostajemy na wewnętrznej stronie okładki mapkę, która ułatwia poruszanie się w świecie Bolesława i Ottona, a na końcu drzewa genealogiczne Piastów i Liudolfingów oraz słowniczek pojawiających się w książce pojęć lub fraz łacińskich.

Tytuł: Gra w kości
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok wydania: 2008
Stron: 408

niedziela, 2 grudnia 2012

20 lat nowej Polski w reportażach wg Mariusza Szczygła


W artykule w nowym magazynie „Książki” Mariusz Szczygieł pisze tak: „Otóż w Europie pożądają polskiego reportażu i chcą, bym opowiadał o jego fenomenie. Skąd się wziął, dlaczego literacki, dlaczego taki dobry, dlaczego nie ma odpowiednika w świecie i czy ja wiem, dlaczego oni go nie mają.
 - Wiem - mówię. - Bo nie było u was komuny."

Chyba coś w tym jest i doskonale widać to w antologii reportażu „20 lat nowej Polski w reportażach” pod redakcją Mariusza Szczygła. Upadek komuny sprawił, że wchodziliśmy w świat nowoczesnej demokracji, konsumpcji i technologii z dużym opóźnieniem, ale i z wielkim entuzjazmem próbując szybko nadrobić stracony czas. Te przemiany, rozliczanie się ze starym systemem i układanie sobie świata na nowo stanowią doskonały materiał na opowieść reporterską. W tym zbiorze znajdzie się reportaż i o początkującej warszawskiej giełdzie, i o filmie „Dług”, i o disco polo, i o Radiu Maryja, o lustracji, emigracji i aborcji, i o wielu innych aspektach naszej polskiej, współczesnej codzienności.

Z tych reportaży wyłania się obraz Polski raczej biednej, odurzonej wolnością i idącymi za nią możliwościami, o wielkich, choć czasem opacznie rozumianych aspiracjach.  Bohaterowie reportaży na różne sposoby próbują stać się (lub wydawać się) lepszymi, bogatszymi, ważniejszymi, silniejszymi. Tak jest do tej pory – jako naród jesteśmy bardzo podzieleni i na każdym kroku jeden próbuje udowodnić drugiemu swoją wyższość nad nim.

Dla mnie najciekawsze okazały się te reportaże, które nie poruszały aż tak nośnych tematów, jak te wymienione powyżej. Duże wrażenie zrobił na mnie tekst „Rozpad” („Wal się, szkoło” Anna Fostakowska) poruszający temat tzw. nieprzystosowanej młodzieży, czyli agresywnych uczniów, którzy lekceważą nauczycieli, nie chodzą na lekcje, a jeśli już chodzą to dezorganizują całą pracę szkoły. Reportaż jest ciekawy dlatego, że nie dołącza do chóru ubolewającego nad upadkiem polskiej młodzieży, lecz próbuje spojrzeć na tę sytuację oczami samych uczniów; szuka odpowiedzi na pytanie DLACZEGO oni się tak zachowują, dlaczego nie szanują autorytetów, dlaczego im nie zależy, dlaczego z domu nie wynieśli pewnych zasad i dlaczego w domu nikt się tą sytuacją nie przejmuje. Naprawdę bardzo ciekawe spojrzenie.

Drugim reportażem, który mnie bardzo poruszył jest tekst „Ciszej!” o stosunkach polsko-żydowskich („Lęk Sprawiedliwych” Paweł Piotr Reszka), a konkretniej o tym, że Polacy, którzy pomagali Żydom w czasie wojny dziś niejednokrotnie wstydzą się przyznać do tego, bo nie chcą się narazić na ostracyzm ze strony swojej społeczności lokalnej. Ten reportaż skłania do przemyśleń nad polskim antysemityzmem i hipokryzją go otaczającą – szczególnie w kontekście głośnego teraz filmu „Pokłosie” i reakcji, jakie on wywołał.

Nie sposób nie wspomnieć o reportażu zamykającym antologię. Jest to „Wściekły pies” Wojciecha Tochmana. Nie chcę pisać, o czym jest, ale jest to tekst wstrząsający (nie w takim sensie, że jest drastyczny, ale że do głębi wstrząsa umysłem). Zacytuję tylko komentarz Mariusza Szczygła: „Kiedy książka „Wściekły pies” pojawiła się w księgarniach, w przeciwieństwie do innych książek Tochmana, na które recenzenci rzucali się chciwie, przez dwa miesiące nikt o niej nie napisał. Jakby historia księdza zaparła wszystkim dech.” („20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła”, Czarne 2010, s. 458).

Ogólnie rzecz biorąc reportaże to świetna, choć trudna lektura. Trudna dlatego że zmusza do myślenia, do zastanowienia się nad swoim stanowiskiem, a często (i to jest chyba najtrudniejsze) do zweryfikowania swoich poglądów. „Pchają się wam do głów stereotypy, gotowe schematy, matryce, już zajmują ustalone z góry pozycje, już są gotowymi argumentami do oceny, sądu, skazania” (ibidem, s. 451 - reportaż „Wściekły pies” Wojciech Tochman) – bardzo często tak jest, stereotypy w końcu ułatwiają nam w jakimś stopniu ogarnąć świat, ale nie można dopuszczać do tego, by były one jedyną przesłanką naszych działań i przekonań.

Podsumowując – jest to świetna lektura! W zebranych reportażach można przejrzeć jak w lustrze z zamontowanymi w wielu miejscach szkłami powiększającymi. I jak to ze szkłem powiększającym bywa – nie zawsze są to piękne obrazy, ale są na pewno bardzo prawdziwe i dające wiele punktów do przemyśleń.

Myślę, że jest to też dobry pomysł na prezent pod choinkę dla wszystkich zainteresowanych życiem w Polsce, historią najnowszą, miłośnikom reportażu i ogólnie miłośnikom dobrej książki.

Tytuł: 20 lat nowej Polski w reportażach według Mariusza Szczygła
Autor: pod red. Mariusza Szczygła (Irena Morawska, Joanna Sokolińska, Joanna Wojciechowska, Karol Podgórski, Włodzimierz Nowak, Wojciech Staszewski, Edyta Gietka, Ewa Winnicka, Witold Szabłowski, Marcin Kołodziejczyk, Anna Fostakowska, Wojciech Bojanowski, Paweł Piotr Reszka, Jacek Antczak, Artur Pałyga, Lidia Ostałowska, Tomasz Kwaśniewski, Katarzyna Surmiak-Domańska, Paweł Smoleński, Jacek Hugo-Bader, Grzegorz Sroczyński, Wojciech Tochman, Mariusz Szczygieł)
Wydawnictwo: Czarne
 Rok wydania: 2010
 Stron: 472


poniedziałek, 26 listopada 2012

Ciemno prawie noc


„Ciemno, prawie noc” to historia Alicji Tabor, reporterki dużej krajowej gazety, która przyjeżdża do rodzinnego Wałbrzycha, by zrobić reportaż o tajemniczych zaginięciach dzieci – bez śladu przepadło ich już troje. Alicja porzuciła Wałbrzych po studiach i nigdy tam nie wracała. Nie miała do czego, nikt z jej najbliższej rodziny już nie żyje, został tylko stary rodzinny, poniemiecki dom. W tym właśnie domu Alicji zatrzymuje się podczas pobytu w Wałbrzychu. Powrót do miejsc wypartych na lata z pamięci sprawia, że Alicja oprócz zaginionych dzieci zajmie się jeszcze jedną zagadką – historią własnej rodziny, tajemniczą śmiercią siostry, nieobecnością w ich życiu matki. A obie zagadki związane są z działaniem jakiejś tajemniczej, złej siły. Samo to brzmi ciekawie i mnie zachęciło do sięgnięcia po książkę. A to tylko jedna, fabularna warstwa książki.

Kolejną warstwą jest warstwa reporterska. Przeczytałam gdzieś, że w poprzednich swoich książkach Joanna Bator szkicowała „Polaków portret własny”. Uważam, że pokazuje go również i w tej książce. I nie jest to portret pochlebny. Frustracja, agresja, ksenofobia, megalomania – to tylko najbardziej rzucające się w oczy cechy. Autorka uwypukla je między innymi poprzez wprowadzenie do narracji „fragmentów” z forum internetowego. Nie bez powodu te wstawki noszą tytuł „Bluzg” – chyba nikomu, kto choć raz czytał komentarze w Internecie nie trzeba wyjaśniać, skąd taka nazwa. Przy okazji już tu warto wspomnieć o swobodzie pióra/języka Joanny Bator. Wpisy na tym książkowym forum wyglądają jak żywcem wzięte z sieci, łącznie z literówkami, kamuflowaniem przekleństw i nieporadną budową zdań. Zarówno na tym forum, jak i na opisywanych spotkaniach w rynku (skojarzenia z aktualną sytuacją polityczną nie do odparcia) wyraźnie widać, że ludzie nie potrafią już ze sobą rozmawiać. Każdy ma swoją historię, swoją rzeczywistość, swoją opinię, którą nie tyle chce się podzielić, co narzucić ją pozostałym – stąd najczęstsza interakcja to wyzwiska i obrażanie; zamiast porozumienia – „byle moje było na wierzchu”.

W warstwie symbolicznej „Ciemno, prawie noc” to historia o złu i dobru. Celowo napisałam to zestawienie odwrotnie – zło przeważa w tej książce. Przedstawiony Wałbrzych jest miastem jak ze złego snu: lepkim, osaczającym, ciemnym. Za każdym razem, kiedy otwierałam książkę, miałam wrażenie jakbym ze swojej ładnej, gładkiej powierzchni, zanurzała się pod wodę, gdzie dopiero widać prawdziwe życie. W „Ciemno, prawie noc” jest dużo zła, które jest tak odpychające, że w pewnym momencie byłam bliska odłożeniu książki (ostatecznie pominęłam dwie strony), ale w tej całej ciemności są osoby, które dają nadzieję, które widzą zło i jego skutki (albo ich doświadczyły) i które w niewielkiej może perspektywie, ale jednak ratują ten (i swój) świat.

Trudno mi ostatecznie polecić komuś tę książkę, bo nie jest to lektura z gatunku lekka, łatwa i przyjemna. Podobała mi się tak, jak podobał mi się „Dom Augusty” (ale proszę się nie sugerować tym zestawieniem) – to znaczy niepokoiła mnie ta książka, ale jednak nie mogłam przestać jej czytać. Wydaje mi się, że to dobrze, bo oznacza, że książka pobudza do myślenia. Ja jestem na tak!

Tytuł: Ciemno, prawie noc
Autor: Joanna Bator
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2012
Stron: 528

środa, 21 listopada 2012

Stosik



Nazbierało mi się w krótkim czasie sporo nowych książek i bardzo chcę się nimi pochwalić. Na każdą mam ogromną ochotę i nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła je wszystkie przeczytać - ale pewnie to potrwa, po pierwsze dlatego, że z grubsza licząc to będzie jakieś 5 tysięcy stron, a poza tym wiadomo jak jest z książkami na własnej półce. Chociaż po tym jak ostatnio trzy razy pod rząd płaciłam w bibliotekach kary za przetrzymanie, może jednak zwrócę się ku własnym, teraz tak pięknie wzbogaconym, zasobom?







A to poszczególne elementy stosu:




„Chwile wolności. Dziennik 1914-1941” Virginia Woolf, Wydawnictwo Literackie – o tej książce już pisałam przy okazji wpisu o książkach porzuconych. Teraz kiedy mam już swój własny egzemplarz, będę mogła sobie ją podczytywać. A jak pięknie wygląda na półce J

20 lat nowej Polski w reportażu” pod red. Mariusza Szczygła, wyd. Czarne – tę książkę kupiłam impulsywnie zachęcona wydawnictwem, autorami i tematem. Dopiero w domu poczytałam o niej trochę i czuję się jeszcze bardziej zachęcona: 26 reportaży najlepszych polskich autorów dokumentujące przemiany w Polsce. Jest o disco polo, o Radiu Maryja, o „Długu”, o aborcji. W jednej z recenzji (nie pamiętam gdzie) przeczytałam, że powinna to być lektura obowiązkowa dla wszystkich. Wśród autorów reportaży, które znalazły się w książce, są Jacek Hugo-Bader, Tomasz Kwaśniewski, Lidia Ostałowska, Mariusz Szczygieł, Wojciech Tochman czy Ewa Winnicka. 

„Na wschód od Edenu” John Steinbeck, Prószyński – klasyk w ładnym nowym wydaniu. Nawiązująca do biblijnej historii Kaina i Abla opowieść o dwóch braciach, rywalizujących ze sobą od dziecka, najpierw o miłość ojca, a potem o dziewczynę.

„Londyńczycy” Ewa Winnicka wyd. Czarne – również zakup impulsywny. Reportaż o życiu powojennej polskiej emigracji w Londynie. Szczerze mówiąc, jest to dla mnie bardzo mało znany okres ( i miejsce) w historii Polski, więc z chęcią poszerzę swoje horyzonty. 

„Ciemno prawie noc” Joanna Bator W.A.B. – pisałam już o niej tutaj. Teraz jestem już w trakcie lektury i mogę powiedzieć dwie rzeczy: 1) jest lepiej niż się spodziewałam; 2) szufladkowanie tej książki  w jakiejkolwiek kategorii (np. jako thrillera czy horroru) jest zupełnie bez sensu.

„Żona tygrysa” Tae Obrecht wyd. Drzewo Babel – najpierw zaintrygowała mnie w gazetce reklamowej popularnej sieci, ale to trochę za mało, żeby zachęcić mnie do kupna. Dopiero gdy kilka pozytywnych recenzji na blogach (np. tu) potwierdziło moje przeczucia, dodałam na listę zakupów. Ta książka to rewelacyjny debiut młodziutkiej pisarki. Jest to baśniowa saga rodzinna z historią Bałkanów i ich folklorem w tle.

 

„Bring up the bodies” Hillary Mantel, Fourth Estate Ltd – laureatka tegorocznego Bookera. Druga część opowieści o Tomaszu Cromwellu i jego życiu na dworze Henryka VIII. Dla miłośników historii, a Tudorów w szczególności, pozycja obowiązkowa.

„Pinokio” Carlo Collodi, Media Rodzina – nie była to nigdy moja ulubiona historia z dzieciństwa, ale nie mogłam oprzeć się pięknym, drobiazgowym, nieco niepokojącym ilustracjom Roberto Innocentiego. Będzie na przyszłość dla synka. Mam nadzieję, że wkrótce w Polsce ukaże się więcej ilustrowanych przez niego książek dla dzieci. Tutaj możecie obejrzeć przykładowe ilustracje.

“The spy who loved” Clare Mulley, Macmillan – czy wiecie, że podczas II wojny światowej bardzo cennym agentem brytyjskiego wywiadu była kobieta? Czy wiecie, że była to Polka? Ja nie wiedziałam. Biografia Krystyny Skarbek (aka Christine Granville).

„Sonety” William Szekspir, Znak - świetny pomysł: dwujęzyczne wydanie sonetów Szekspira w przekładzie Stanisława Barańczaka z obszernym wstępem. Dla miłośników poezji, dla miłośników angielskiego, dla zakochanych.

„Białe zęby” Zadie Smith, Znak – zaczynam się już czuć nieswojo nie znając żadnej książki Zadie Smith, dlatego postanowiłam kupić „Białe zęby”, które już kiedyś zaczynałam czytać. To również był zaskakujący debiut bardzo młodej autorki. Panorama społeczna współczesnego Londynu opisana żywym językiem, nie stroniącym od kpiny.

 

„Przytulanki, czyli wierszyki na dziecięce masażyki”  Marta Bogdanowicz, wyd. Harmonia – również ciekawy pomysł, ale z innej beczki: są tu wierszyki dla dzieci (znane i mniej znane) opatrzone odpowiednim opisem „masażu” – czyli zabawy opartej na dotyku (wszyscy znają „Idzie rak-nieborak” albo „Sroczka kaszkę warzyła”).  

Może czytaliście którąś z tych książek i chcecie mi szczególnie polecić?
A może ktoś zainspiruje się powyższymi  propozycjami do świątecznych zakupów?



poniedziałek, 5 listopada 2012

Chłopi


Zaczęło się od tego, że miałam ochotę na jakąś „jesienną” książkę, taką, w której sama pora roku ogrywałaby jakąś rolę. Pierwszym tytułem, jaki przyszedł mi na myśl była „Jesień” właśnie, czyli pierwszy tom „Chłopów”. Mając w pamięci męczące brnięcie przez tę książkę w liceum, dość sceptycznie odniosłam się do tego pomysłu. Jednak postanowiłam dać Reymontowi szansę i to była doskonała decyzja! Choć planowałam przeczytać tylko „Jesień”, za ciosem poszły pozostałe tomy i teraz mogę powiedzieć, że „Chłopi” wchodzą do czołówki moich ulubionych książek!

To naprawdę wielka literatura, pisana bogatym językiem, przedstawiająca przekrój wybranej społeczności, a przy tym niepozbawiona emocjonującego wątku miłosno-obyczajowego.

Zarys fabuły zna chyba każdy absolwent liceum – bogaty gospodarz we wsi Lipce, Maciej Boryna, owdowiawszy po raz drugi, rozgląda się za kandydatką na kolejną żonę („Boć jaka się tam kobieta nadarzy, a zawżdy lepiej z nią niźli samemu biedować…” s. 41). Wybór pada na Jagnę Paczesiównę, najpiękniejszą dziewczynę w Lipcach, która romansuje z synem Macieja, Antkiem, a plotka głosi, że i nie z nim jednym. Małżeństwo z młodą dziewczyną staje się zarzewiem niezgody pomiędzy Maciejem a jego dziećmi.

Wątek Jagny jest niezwykle emocjonujący. To skomplikowana postać, której nie sposób do końca zrozumieć.  Reymontowi udało się stworzyć postać, która sto lat po publikacji powieści budzi ogromne emocje i jak można poczytać w internecie jest przedmiotem ożywionych dyskusji. No bo w końcu była wyrachowana czy naiwna? Rozwiązła czy romantyczna? Cyniczna czy uczuciowa? Ja jestem skłonna bronić Jagny – myślę, że była to młoda, naiwna dziewczyna chowana przez matkę pod kloszem, więc nie znająca życia. Owszem, miała kilka romansów na przestrzeni okazanego w książce jednego roku, ale można sądzić, że nie robiła tego z wyrachowania ani z rozwiązłości. Za każdym razem widać, że kierują nią  burzliwe porywy serca, że całą sobą szuka na tym świecie miłości. Choć trzeba przyznać, że jest w tym bardzo egoistyczna: nie zwraca uwagi ani na to, czy obiekt jej uczuć ma rodzinę (jak Antek), ani czy ma inne plany, które przez tę miłość mogą lec w gruzach (Jasio), a na próbę zwrócenia uwagi reaguje hardo i gniewnie. Mimo to kara, jaką ją spotkała, była w moim odczuciu niewspółmierna do przewinienia. Jagna jako piękna kobieta, do tego „ustawiona” (małżeństwo z Boryną było dla niej bardzo korzystne w sensie materialnym) wzbudzała zazdrość i zawiść wśród innych kobiet we wsi. Frustracje, żale i żółć znalazły sobie ujście w postaci alienacji Jagny ze społeczności lipeckiej.

Jak więc widać już na jednym przykładzie, Reymont stworzył postaci barwne, żywe, niejednoznaczne. Czasami nie sposób przewidzieć, jak się zachowają ani zrozumieć ich motywów – zupełnie jak w życiu. Niektóre postaci na przestrzeni powieści bardzo się zmieniają – najlepszym przykładem jest Hanka, która z zahukanej, zapłakanej żony staje się silną i świetnie zorganizowaną gospodynią. Hanka to w ogóle postać, o której można by napisać równie dużo, co o Jagnie – zresztą przecież ich losy były ze sobą ściśle splecione.

Jednak wszystkie postaci i ich wątki osobiste stanowią tylko pretekst do pokazania panoramy obyczajowości polskiej wsi u schyłku XIX wieku. Lipce to nie jest żadna konkretna miejscowość (mimo że istnieją na mapie Lipce Reymontowskie), to archetyp wsi z pełnym przekrojem społecznym od bogatych gospodarzy, przez zwykłych chłopów po tzw. komorników, czyli chłopów bez własnej ziemi. Do tego również „Chłopi” zwierciadło, w którym nawet dzisiaj możemy się, jako Polacy, przeglądać: kłótnie, zawiść, frustracje – nieraz podczas czytania nasuwały mi się skojarzenia z naszą współczesną sceną polityczną.

Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o opisach. Po pierwsze o opisach przyrody, czyli właśnie to, czego szukałam sięgając po „Chłopów”. Reymont był pisarzem Młodej Polski i w związku z tym jego opisy przyrody są pełne liryzmu i bogatych środków stylistycznych.

Jesień szła coraz głębsza. Blade dnie wlekły się przez puste, ogłuchłe pola i przymierały w lasach coraz cichsze, coraz bladsze niby te święte Hostie w dogasających brzaskach gromnic.
A co świtanie dzień wstawał leniwiej, stężały od chłodu i cały w szronach, i w bolesnej cichości ziemi zamierającej; słońce blade i ciężkie wykwitało z głębin w wieńcach wron i kawek, co się zrywały gdzieś znad zórz, leciały nisko nad polami i krakały głucho, długo, żałośnie a za nimi biegł ostry, zimny wiatr, mącił wody stężałe, warzył resztki zieleni i rwał ostatnie liście topolom pochylonym nad drogami, że spływały cicho niby łzy krwawe łzy umarłego lata, i padały ciężko na ziemię. (…) A co świtanie mroczniej było i zimniej, i niżej dymy rozsnuwały się po nagich sadach, i więcej ptaków zlatywało do wsi i szukało schronienia po stodołach i brogach, a wrony siadały na kalenicach, to wieszały się na nagich drzewach lub krążyły nad ziemią kracząc głucho jakoby pieśń zimy śpiewając żałosną. Południa były słoneczne, ale tak martwe i nieme, że poszumy lasów dochodziły głuchym szmerem i bełkot rzeki rozlegał się jak łkanie bolesne, a szczątki babiego lata rwały się nie wiadomo skąd i przepadały w ostrych, zimnych cieniach chałup.” (s. 110)

Drugi rodzaj opisów to dokładne przedstawienie zwyczajów ludowych ujętych w ramach jednego roku: mamy więc jarmarki, Zaduszki, wesele, Boże Narodzenie, Wielkanoc, żniwa oraz wiele innych mniejszych zwyczajów takich jak na przykład zbieranie się w domach w celu wspólnego szatkowania kapusty.

„Chłopi” są powieścią realistyczną, więc można ich traktować jako swoisty reportaż z tamtych czasów i z tamtych miejsc. I tutaj ważna uwaga: to jest książka, którą KONIECZNIE trzeba czytać w dobrym wydawnictwie. Język jest przesycony gwarą niezrozumiała dla współczesnego odbiorcy (takie słowa jak zamróz (szron), trześnia (leśna wiśnia), ryfa (cymbał)), dlatego czytanie „Chłopów” bez przypisów to droga przez (niezrozumiałą) mękę. Gorąco polecam wydawnictwo Biblioteki Narodowej: bogactwo przypisów pozwala zrozumieć nie tylko słowa, ale również kontekst historyczny niektórych wypowiedzi. Do tego ciekawy i bardzo pouczający Wstęp autorstwa Franciszka Ziejki.

Gorąco polecam przełamać swoje uprzedzenia! To jest naprawdę wielka literatura nie bez przyczyny nagrodzoną w 1924 roku literacką Nagrodą Nobla.


Tytuł: Chłopi
Autor: Władysław Stanisław Reymont
Wydawnictwo: Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Rok wydania: 199
Stron: tom I (1. Jesień; 2. Zima) 602 strony (+ 129 wstępu); tom II (3. Wiosna; 4. Lato) 674 strony

środa, 31 października 2012

Zaduszki sprzed stu lat


"Dzień już przywierał szare, zmęczone powieki, gasnął i zapadał z wolna w przerażające, smutne topiele zmroków; wiatr się poruszył i przeciągał po polach z jękiem, tłukł się między drzewinami a wionął surowym, przegniłym tchem jesieni.

Cicho było, tą dziwnie posępną cichością Zaduszek; tłumy szły drogą w surowym milczeniu, ino tupot nóg się rozlegał głucho, ino te drzewa przydrożne chwiały się niespokojnie i cichy a bolesny szum gałęzi drżał nad głowami, ino te grania i śpiewy proszalne dziadów łkały w powietrzu i opadały bez echa…
Przed wrótniami, a nawet i wśród mogił, pod murem, stały rzędy beczek solówek, a obok nich rozkładały się gromady dziadów.

A naród płynął całą drogą pod topolami ku cmentarzowi; w mroku, co był już przytrząsł świat jakby popiołem szarym, błyskały światła świeczek, jakie mieli niektórzy, i chwiały się żółte płomyki lampek maślanych, a każdy, nim wszedł na cmentarz, wyciągał z tobołka chleb, to ser, to ździebko słoniny albo kiełbasy, to motek przędzy lub tę przygarść lnu wyczesanego, to grzybów wianek, i składali to wszystko pobożnie w beczki — a były one księże, były organistowe i Jambrożego, a reszta dziadowskie, a któren
w nie nie kładł, to grosz jaki wciskał w wyciągnięte ręce dziadowskie… i szeptał imiona zmarłych, za które prosił o pacierz…

Chór modłów, śpiewów, imion wypominanych jękliwym rytmem wznosił się wciąż nad wrótniami, a ludzie przechodzili — szli dalej, rozpraszali się wśród mogił, iż wnet, niby robaczki świętojańskie, jęły jaśnieć i migotać światełka wskroś mroków i gąszczów drzew, i traw zeschniętych.

Głuchy, przyciszony trwożnie szept pacierzy drgał w przyziemnej ciszy; czasem szloch bolesny zerwał się z mogił; czasem lament żałosny wił się w rozdzierających skrętach wśród krzyżów; to jakiś nagły, krótki, nabrzmiały rozpaczą krzyk jak piorun rozdzierał powietrze albo ciche płacze dziecięce — sieroce płacze kwiliły w omroczonych gąszczach niby pisklęta…

A chwilami opadało na cmentarz głuche i ciężkie milczenie, że ino drzewa szumiały posępnie, a echa płakań ludzkich, skarg, krzyków bolesnych, żałości biły ku niebu, w świat cały szły…
Ludzie snuli się wśród mogił cicho, szeptali lękliwie i trwożnie poglądali w dal omroczoną, niezgłębioną…

(...)

A tam na zapadniętych grobach cicho było, pusto i mroczno — tam leżeli zapomniani, o których i pamięć umarła dawno — jako i te dnie ich, i czasy, i wszystko; tam jeno ptaki jakieś krzyczały złowrogo i smutnie szeleściła gęstwa, a gdzieniegdzie sterczał krzyż spróchniały — tam leżały pokotem rody całe, wsie całe, pokolenia całe — tam się już nikt nie modlił, nie płakał, lampek nie palił… wiatr jeno huczał w gałęziach a rwał liście ostatnie i rzucał je w noc na zatracenie ostatnie… tam jeno głosy jakieś, co nie były głosami, cienie, co nie były cieniami, tłukły się o nagie drzewa kiej te ptaki oślepłe i jakby skamlały o zmiłowanie…

Kuba wyjął z zanadrza parę oszczędzonych skibek chleba, rwał je w glonki, przyklękał i rozrzucał po mogiłach.
— Pożyw się, duszo krześcijańska, co cię wypominam w wieczornym czasie, pożyw się, pokutnico człowiecza, pożyw się! — szeptał z przejęciem.
— Wezną to? — pytał cicho Witek zatrwożonym głosem.
— Przeciech! Ksiądz żywić nie da!… w beczki drugie kładą, ale tym biedotom nic z tego… Księdzowe albo i dziadoskie świnie mają wyżerkę… a dusze pokutujące głód cierpią…

(...)

Wieś była cicha mimo święta, drogi były puste, karczma zamknięta, a gdzieniegdzie tylko przez małe zapocone szybki błyskały światełka i płynęły ciche śpiewy pobożnych i głośne modlitwy odmawiane za zmarłych…

Z trwogą wysuwano się przed domy, z trwogą nasłuchiwano szumów drzew, z trwogą patrzano w okna, czy nie stoją, nie jawią się ci, co w dniu tym błądzą, przygnani tęsknotą i wolą Bożą… czy nie jęczą pokutniczo na rozstajach… czy nie zaglądają przez szyby żałośnie?…

A gdzieniegdzie, starym zwyczajem świętym, gospodynie wystawiały na przyzby resztki wieczerzy, żegnały się pobożnie i szeptały…
— Naści, pożyw się, duszo krześcijańska, w czyścu ostająca…

Wśród ciszy, smętku, rozpamiętywań, lęku płynął ten wieczór Zaduszek…"

Władysław Stanisław Reymont, "Chłopi".
Cały tom dostępny na stronie www.wolnelektury.pl

wtorek, 16 października 2012

Pan Cogito


Na spotkaniu blogerów w Poznaniu w maju tego roku padło pytanie dlaczego tak niewiele pisze się na blogach o poezji. Czy wynika to z faktu, że tak mało się czyta poezji, czy raczej z jakiejś trudności w pisaniu o niej.

W moim przypadku obie odpowiedzi są właściwe: czytam mało poezji i uważam, że trudniej się o niej wypowiadać. Myślę, że poezja jest najbardziej osobistym rodzajem literatury, takim, który porusza czytelnika do głębi duszy i przez to każdy odbiera ją trochę inaczej, ale zawsze bardzo osobiście. Stąd pisanie czy rozmawianie o poezji, a raczej o własnym jej odbiorze, wydaje mi się bardzo ekshibicjonistyczne – trzeba się przy tym odsłonić i uzewnętrznić znacznie bardziej niż w przypadku dyskutowania o literaturze epickiej.

A jednak stwierdziłam, że w moim czytelniczym życiu trochę brakuje poezji, i  sięgnęłam po klasykę: „Pana Cogito” Zbigniewa Herberta. Niby w liceum coś tam było, ale po pierwsze tylko we fragmentach, po drugie nastawione na zgadywanie „co poeta miał na myśli”, a po trzecie pewne książki zupełnie inaczej czyta się w dojrzalszym (ekhm) wieku.

Przeczytałam więc „Pana Cogito” (co zajęło mi sporo czasu, ale o tym za chwilę) i teraz stoję przed wspomnianym wyżej dylematem: jak o tym napisać? Sprawy nie ułatwia fakt, że Herbert jest wybitnym poetą opisanym przez wszystkie mądre głowy na tysiące sposobów. Ale ponieważ to jest tylko mój blog, a nie podręcznik literatury, pozwolę sobie na własne, proste przemyślenia na temat niektórych wierszy.
Chociaż każdy wiersz podczas lektury robi wrażenie, kilka poruszyło mnie szczególnie i na pewno na długo zapadnie mi w pamięć.

Już wiersz otwierający tomik, „Pan Cogito obserwuje w lustrze swoją twarz” zrobił na mnie wrażenie. Odbieram go jako memento, jako podkreślenie, że choćbyśmy się starali jak najbardziej dbać o swego ducha („Mozartem nacierałem uszy | doskonaliłem nozdrza wonią starych książek” – s. 5) nie uciekniemy od swojej cielesności. Człowiek ma dwoistą naturę; z jednej strony ogranicza go ciało, jego potrzeby i żądze, a z drugiej strony dusza wyrywa się do wzniosłości i czystości. I tak wewnątrz nas trwa mała nieustanna potyczka między sacrum a profanum.

Za serce chwycił mnie wiersz „Matka”. Krótki i metaforyczny, a jednak tak doskonale oddający istotę miłości matki: „Upadł z jej kolan jak kłębek włóczki. Rozwijał się w pośpiechu i uciekał na oślep. Trzymała początek życia. Owijała na palec serdeczny jak pierścionek, chciała uchronić.” (s. 10)

Niezmiennie wstrząsający jest ostatni wiersz „Przesłanie Pana Cogito”. To jest ten wiersz, który znamy ze szkoły (a ostatnio także z przepychanek politycznych, niestety). Za każdym razem, kiedy go czytam, przechodzą mnie ciarki. Pan Cogito przekazuje zasady moralne, których powinien trzymać się człowiek we współczesnym świecie. Szczególnie podkreśla, że trzeba w życiu kierować się godnością i być wiernym  swoim zasadom moralnym. Jak cały tomik ten wiersz w szczególności naznaczony jest cierpieniem wojny, dlatego wskazówki te są bezkompromisowe i jednoznaczne („niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda | dla szpiclów katów tchórzy (…)” s. 76).

Taki mały tomik, a tyle materiału do przemyśleń: i o ogólnej kondycji człowieka w świecie, i o stanowisku człowieka wobec cierpienia, wobec Boga, i o rodzinie i własnej mikrohistorii.

Przy okazji pisania o poezji chciałam też napisać o tempie życia i czytania. Moje tempo życia jest dość szybkie: nawał obowiązków zawodowych i rodzinnych nie pozwala na chwile słabości i daje jedynie krótkie możliwości odpoczynku. Dlatego obecnie staram się wybierać takie książki, które mnie wciągną, w których coś się dzieje – po to, żeby czytać również szybko, maksymalnie wykorzystując nieliczne wolne chwile. A tu STOP! Idzie poezja. Poezji nie da się czytać szybko, trzeba ją czytać uważnie i z namysłem, a nawet każdy wiersz dwukrotnie. Ale także nie za dużo na raz, tylko trzeba dać sobie czas na przemyślenie. W taki właśnie sposób przez wiele dni czytałam przed snem Herberta. Było to doskonałe wyciszenie na koniec dnia, wyhamowanie po rozpędzonym dniu. Było mi to bardzo potrzebne i gorąco polecam takie rozwiązanie wszystkim zabieganym.

Tytuł: Pan Cogito
Autor: Zbigniew Herbert
Wydawnictwo: a5
Rok wydania: 2008
Stron: 96

piątek, 5 października 2012

Wschód, Zachód


O Salmanie Rushdiem ostatnio dużo się mówi w kontekście jego niedawno opublikowanej autobiografii. Tym, którzy nie słyszeli jeszcze o tym pisarzu, w skrócie powiem, że jest to brytyjski pisarz pochodzenia indyjskiego, który w swojej twórczości porusza tematy związane właśnie z miejscem swego pochodzenia. Po opublikowaniu powieści „Szatańskie wersety” został w 1989 roku obłożony fatwą przez ajatollaha Chomeiniego. Oznaczało to, że każdy muzułmanin ma obowiązek próbować go zabić, a to z kolei oznaczało, że Rushdie musi żyć pod stałą ochroną policji. Z pewnością jego życie stanowi rzeczywiście ciekawy materiał na biografię. Te właśnie fakty oraz wywiad z Rushdiem w nowym numerze „Książek” skłoniły mnie do sięgnięcia po jego twórczość. Na pierwszy ogień poszedł tomik opowiadań „Wschód, Zachód”. Dość nietypowo jak na mnie, bo opowiadania nie należą do moich ulubionych form literackich. Te jednak przypadły mi do gustu.

„Wschód, Zachód” składa się z dziewięciu opowiadań podzielonych na trzy cykle: „Wschód”, „Zachód” oraz „Wschód, Zachód”. Jak można się domyślać, te z cyklu wschodniego poruszają się w tematyce indyjskiej, z cyklu zachodniego to spojrzenie (czasami dosyć nietypowe i przewrotne) na kulturę zachodnią, a „Wschód, Zachód” to opowiadania przedstawiające życie „w rozkroku” między tymi dwoma światami.

Streszczanie opowiadań nie ma sensu, ale wystarczy powiedzieć, że każde z nich wzbudza zainteresowanie od pierwszego zdania i mimo krótkiej formy pokazuje wiele szczegółów, które składają się na cały obraz. To potwierdza wyrażoną na okładce książki opinię, że Salman Rushdie jest „jednym z największych gawędziarzy naszych czasów”.

Przy opisie z okładki będąc, zastanawiam się czemu on ma właściwie służyć. Opis przedstawia, bez żadnego kontekstu, powierzchowne fakty z treści opowiadań, które w takim nagromadzeniu tworzą naprawdę groteskowe zestawienie. Dodajmy, że same opowiadania z groteską nie mają wiele wspólnego, więc ten chwyt marketingowy zdecydowanie chybiony.

Podsumowując, nie warto ufać opisom z okładki (ale to chyba wszyscy już wiemy), a Rushdie pisze ciekawie i barwnie, więc chętnie sięgnę po jakąś jego powieść. Tym bardziej, że Indie to temat i obszar, którego do tej pory literacko nie eksplorowałam. Może ktoś mi poleci jakąś powieść Rushdiego na dobry początek?

Tytuł: Wschód, Zachód
Autor: Salman Rushdie
Tłumaczenie: Maria Gromkowa
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 1997
Stron: 175

czwartek, 27 września 2012

Korona śniegu i krwi


Choć pierwsze spotkanie z twórczością Elżbiety Cherezińskiej nie było zbyt udane (zobacz tutaj), nie mogłam przejść obojętnie obok zachwalanej wszędzie książki beletrystycznej o historii Polski. Brakuje mi takich książek. Historia Anglii czy Francji to tematy głęboko eksplorowane przez literaturę piękną, w tym również przez pisarzy współczesnych, a historia Polski, mam wrażenie, jakoś rzadko staje się tematem powieści. Jednak Elżbieta Cherezińska postawiła na ten temat i wyszło jej świetnie!

„Korona śniegu i krwi” opowiada o dążeniach do zjednoczenia XIII-wiecznej Polski, czyli o czasach rozbicia dzielnicowego. Brzmi strasznie nudno, prawda? Kto w szkole na historii potrafił ogarnąć rozbicie dzielnicowe i wewnętrzne konflikty Piastów, ręka do góry! Gwarantuję, że po lekturze tej książki nie tylko da się „ogarnąć” kto z kim, przeciwko komu i dlaczego, ale również nabiera się przekonania, jakim dramatem dla polskiej państwowości był testament Bolesława Krzywoustego, a jakim osiągnięciem zjednoczenie kraju. A cała ta wiedza wynika nie ze żmudnego śledzenia dat i nazwisk, ale z dynamicznej, wciągającej powieści.  Autorka w posłowiu pisze tak: „Są różne przepisy (…) na pisanie powieści historycznej. Mój brzmi raczej prosto: wycisnąć z faktografii ile się da i tchnąć w bohaterów życie oraz dodać coś niezwykłego”. ("Korona śniegu i krwi" Elżbieta Cherezińska, Zysk i s-ka, 2012, s.735) I tak właśnie jest. Ogromną zaletą tej opasłej powieści są postaci: budzą sympatię albo nieufność, ale nie pozostawiają czytelnika obojętnym. A galeria postaci jest niezwykle bogata – Piastowie Starszej Polski, Piastowie Małej Polski, Piastowie Śląscy, władcy Brandenburgii i Czech, duchowni, rycerze. Mamy okazję poznać z bliska postaci, które znamy tylko z suchych podręcznikowych faktów: świętą Kingę, Władysława Łokietka, Jakuba Świnkę. Ktoś, kto przeczyta tę książkę, już raczej nigdy nie pomyli Leszka Białego z Leszkiem Czarnym, albo Henryka Brzuchatego z Henrykiem Probusem! Żeby nie pogubić się w gąszczu tych osób oraz powiązań między nimi, na samym początku znajduje się linia genealogiczna Piastów, a na końcu książki szczegółowy wykaz relacji rodzinnych poszczególnych rodów – ale lepiej tam zbyt szybko nie zaglądać, bo można sobie zepsuć przyjemność czytania przedwcześnie dowiadując się np. o czyjejś śmierci. Na wewnętrznych stronach okładki jest też mapa, która ułatwia rozeznanie w tym, kto gdzie rządzi, kto co zdobywa itp.

Mimo że „Korona śniegu i krwi” jest osadzona w realiach historycznych, autorka doprawiła swą powieść szczyptą magii.  Ożywają stworzenia herbowe takie jak gryfy, lwy czy orły, mamy też pogańskie czary i demony. Osobiście bardzo spodobał mi się ten zabieg z dwóch powodów: po pierwsze, ta magia jest bardzo nienachalna, dzięki czemu czytelnik może sam zdecydować, do jakiego stopnia przyjmuje ją za fakt, a do jakiego za symboliczne wyrażenie niektórych rzeczy. Po drugie zaś, obecność elementów magicznych lepiej oddaje klimat średniowiecza, bo przecież wiara w zabobony i obawa przed złymi czarami była wtedy bardzo silna i w dużym stopniu wpływała na życie i decyzje ówczesnych ludzi. 

Warto wspomnieć o języku powieści. Chociaż jest to książka historyczna, autorka postawiła na prosty, współczesny język, dzięki czemu książkę czyta się lekko i łatwo.

Na koniec jeszcze parę słów o nieuniknionych porównaniach do „Pieśni Lodu i Ognia”. Oczywiście jest wiele elementów wspólnych: walka o tron, miłości, namiętności, zdrady, intrygi – wszystko w to w realiach średniowiecznych przyprawionych odrobiną (u Martina większą niż u Cherezińskiej) magii. Jednak w moim odczuciu te książki jednak się różnią, a takie usilne zabiegi marketingowe mogą czasem narobić więcej szkody niż pożytku. Nie chcę przez to powiedzieć, że „Korona…” nie spodoba się fanom George’a R.R. Martina, wprost przeciwnie. I gorąco zachęcam wszystkich do lektury!

A teraz szukam „Gry w kości” tej samej autorki, tym razem o Zjeździe Gnieźnieńskim, i czekam na zapowiadaną kontynuację „Korony…”.

PS. Rozumiem, że 700 stron to sporo do sprawdzania, ale rażące błędy ortograficzne (niezmienne nieodróżnianie „rządów” od „żądzy” i „karania” od „kazania”) to trochę wstyd.

Tytuł: „Korona śniegu i krwi”
Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok wydania : 2012
Liczba stron: 736

środa, 19 września 2012

Sezon na nagrody


Jesień to moja ulubiona pora roku. Naprawdę. Lubię rześkie powietrze, lubię szeleszczące liście. Nie przeszkadza mi deszcz. Uwielbiam kolory jesieni: liście w różnych odcieniach złota leżące na jeszcze soczyście zielonej trawie. I uwielbiam spacery jesienne. A potem lubię z nich wracać lekko zziębnięta, by w domu rozgrzać się ciepłą herbatą.

Dla książkowych jesień ma jeszcze wiele innych zalet, a wśród nich tę, że jesienią przyznaje się najwięcej nagród literackich. Dlatego dziś specjalnie dla Was mały przegląd nagród, na których przyznanie czekamy tej jesieni.


Niedawno ogłoszono finalistów Literackiej Nagrody Nike. Rozstrzygnięcie konkursu 7 października, a na nagrodę mają szansę:

Krystyna Czerni, Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego (Znak) - biografia zmarłego w lutym 2011 malarza.
Andrzej Franaszek, Miłosz. Biografia (Znak) – biografia wybitnego twórcy na tle przełomowych wydarzeń XX wieku.
Filip Springer, Miedzianka. Historia znikania (Czarne) – reportaż o miasteczku, które kiedyś istniało, a teraz już go nie ma.
Małgorzata Szejnert, Dom żółwia. Zanzibar (Znak) – kolejne dzieło znakomitej reporterki, tym razem o Afryce.
Marek Bieńczyk, Książka twarzy (Świat książki) - zbiór zawierający: eseje, rozprawy historycznoliterackie, recenzje, posłowia, teksty wspomnieniowe a także artykuły pisane do popularnych gazet.
Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Imię i znamię (Biuro literackie) – kolejny tom poezji laureata z 2009 roku. Magdalena Tulli, Włoskie szpilki (Nisza) - zbiór siedmiu krótkich opowiadań rozgrywających się w powojennej Polsce.

Za granicą czekamy na przyznanie nagrody Man Booker Prize – najważniejszej nagrody literackiej w Wielkiej Brytanii. Werdykt 16 października, a finaliści nagrody to:

Hilary Mantel - Bring up the Bodies – kolejna odsłona opowieści o Tomaszu Cromwellu. Za pierwszą część autorka dostała już Bookera.

Jeet Thayil – Narcopolis – oniryczna opowieść o Bombaju z lat 70.

Deborah Levy - Swimming Home – o wpływie depresji na życie pozornie poukładanych ludzi.

Tan Twan Eng - The Garden of Evening Mists - w Malezji czasów japońskiej okupacji młoda  absolwenta prawa podejmuje się nauki ogrodnictwa, aby zaprojektować ogród jako hołd dla swej zmarłej siostry.

Alison Moore -  The Lighthouse – o mężczyźnie w średnim wieku, który wyjeżdża na wakacje, gdzie musi się zmierzyć z własną przeszłością.

Will Self – Umbrella – strumień świadomości lekarza psychiatry leczącego chorych na zapalenie mózgu.

Na wersje polskie pewnie trzeba będzie trochę poczekać, a i tak raczej nie wszystkie sie pojawią.



Również w październiku można się spodziewać wyłonienia laureata literackiej Nagrody Nobla. Do tej nagrody, jak wiadomo, nie ma żadnych nominacji. Bukmacherzy typują, że największe szanse w tym roku ma Haruki Murakami.



Zaś miłośników kryminałów może zainteresować Nagroda Wielkiego Kalibru przyznawana polskim powieściom kryminalnym. W tym roku nominowani są (nawet nie wiedziałam, że mamy tyle polskich kryminałów):
1. Mariusz Czubaj "Kołysanka dla mordercy" (W.A.B.)
2. Wiktor Hagen "Długi weekend" (W.A.B.)
3. Marek Harny "W imię zasad" (Prószyński i S-ka)
4. Katarzyna Kwiatkowska "Zbrodnia w błękicie" (Zysk i S-ka)
5. Zygmunt Miłoszewski "Ziarno prawdy" (W.A.B.)
6. Vincent V. Severski "Nielegalni" (Czarna Owca)
7. Jakub Szamałek "Kiedy Atena odwraca wzrok" (Muza)
8. Paweł Szlachetko "Wichrołak" (Muza)
9. Marcin Wroński "A na imię jej będzie Aniela" (W.A.B.)

Te nagrody zostaną przyznane 20 października.

Dla mnie nagrody literackie to ważna informacja o tym, po które książki warto sięgnąć. I to niekoniecznie musi być zwycięzca, lista nominacji sama w sobie jest tez bardzo interesująca. Z powyższych propozycji na pewno sięgnę po Hilary Mantel, bo już „Wolf Hall” bardzo mi się podobało. Z polskich od dawna zamierzam przeczytać „Miedziankę”. Ale nie pogardziłabym żadną z wymienionych wyżej książek. A Wy czekacie na werdykty jurorskie? Nagrody literackie was zachęcają do sięgnięcia po lekturę?

PS. "Korona śniegu i krwi" jeszcze się czyta, ale już bliżej niż dalej. Nie chcę robić spoilera własnej recenzji, ale jest dobrze ;)


sobota, 8 września 2012

Narodowe czytanie Pana Tadeusza

Może należę do nielicznych wyjątków, ale "Pana Tadeusza" przeczytałam w szkole bez bólu i mało tego - podobało mi się! Dlatego z okazji dzisiejszego "Narodowego czytania Pana Tadeusza" przytaczam fragment poematu, który pięknie opisuje zwyczaje śniadaniowe.


"Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:

Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,

Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,

Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane

I z porcelany saskiej złote filiżanki;

Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.

Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

Jest do robienia kawy osobna niewiasta,

Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta

Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku

I zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

Zapach moki i gęstość miodowego płynu.

Wiadomo, czem dla kawy jest dobra śmietana;

Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana,

Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie

I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie

Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,

Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.



Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,

Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę:

Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,

W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.



Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru:

Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,

Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym

Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;

W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie:

Takie bywało w domu Sędziego śniadanie."

(Adam Mickiewicz, "Pan Tadeusz", księga druga "Zamek")

piątek, 7 września 2012

Nieśmiertelność


Co za wspaniała książka! Sięgnęłam po nią skuszona piękną okładką („Apollo i Dafne” Berniniego), ale tytuł napawał mnie lekkim sceptycyzmem. Niepotrzebnie. „Nieśmiertelność” ma podtytuł „Prometejski sen medycyny” i to właśnie ten podtytuł najlepiej oddaje treść książki. Nieżyjący już profesor Andrzej Szczeklik snuje wspaniałą opowieść o medycynie, jej rozwoju, meandrach i aspiracjach. Zaczyna od starożytności i, oczywiście, Hipokratesa, pojawiają się też starożytni Egipcjanie i Aztekowie. Jest i Karol Darwin, i Matka Teresa. A kończy na in vitro i komórkach macierzystych. Opowiada, jak na jego oczach rozwijała i nadal rozwija się medycyna. 

A przy tym dokonuje zaskakujących porównań jak na przykład to: „Kiedy do astronoma i biologa dołącza lekarz, słucha z podziwem dziejów wszechświata, historii życia. Myśli, jak wysnuć z nich wiedzę o przyszłości, na którą czeka człowiek chory. Musi bowiem, niby Cyganka, wywróżyć mu jego przyszłość, czyli mówiąc uczenie – przedstawić rokowanie. Innymi słowy, postawić horoskop. Z czego? (…) Współczesny lekarz, stawiając horoskop, coraz częściej sięga do zapisu DNA chorego.” („Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny.” Andrzej Szczeklik, wyd. Znak 2012, s. 59)

Albo w rozdziale „Muzyka w nas” ze znawstwem muzyka opisuje dźwięki, jakie można usłyszeć wewnątrz ludzkiego ciała: „I każda choroba zastawek serca ma swoją muzykę. A kiedy pęknie nitka ścięgnista, napinająca zastawkę, krew targając ją, wzbudzi głośny ton muzyczny – buczenie struny kontrabasu. (…) Gdy zaś serce trze swoją powierzchnią o odkształcony zapalnie worek osierdziowy, który je w sobie zamyka, powstaje głośny szorstki szmer; pokrywa tony, niesie się wysoko niby papier ścierny trący o żelazo.” (tamże, s. 86)

Profesor używa pięknej polszczyzny, naturalnie i z lekkością wprowadza dygresje i poetyckie wręcz metafory. Pozostawia czytelnika pod ogromnym wrażeniem swojej wiedzy i erudycji. Ta książka była dla mnie, że tak górnolotnie powiem, jak powiew świeżego powietrza. Tak dawno nie czytałam równie wszechstronnej książki, która by łączyła w sobie zarówno wiedzę, jak i bogactwo i piękno języka. 

Na podkreślenie też zasługuje szata graficzna. Piękna okładka to dopiero początek. Każdy rozdział jest opatrzony kolorową reprodukcją obrazu nawiązującego do treści rozdziału. Tytuły rozdziałów są w kolorze ciemnoczerwonym dodatkowo ozdobione niewielką ryciną. Naprawdę ma się poczucie obcowania ze sztuką w szerokim znaczeniu.

To jest na pewno książka, którą powinien przeczytać każdy lekarz, każdy student medycyny, każdy licealista planujący zostać lekarzem. Ale także każdy humanista w prawdziwym tego słowa znaczeniu.

Tytuł: „Nieśmiertelność. Prometejski sen medycyny”
Autor: Andrzej Szczeklik
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania : 2012
Liczba stron: 176

środa, 5 września 2012

Nowości na jesień

Im mniej mam czasu na czytanie, tym większą mam ochotę na gromadzenie książek. To chyba jakiś taki atawizm mola książkowego. Podobnie jak człowiek, który jest głodny, odczuwa potrzebę gromadzenia jedzenia na zapas, tak ja czując głód książek, mam potrzebę gromadzić książki, żeby w razie wolnej chwili mieć pod ręką ciekawy wybór. Co poczytam inne blogi, to zaraz moja „Lista książek do przeczytania” powiększa się o kilka pozycji (ostatnio o "Koronę śniegu i krwi", którą właśnie dzisiaj nabyłam, o "Wrześniowe dziewczynki" i o "Pocztę literacką"). Do tego trafiłam niedawno na ciekawą listę zapowiedzi książkowych (tutaj link do całej listy), z której też wybrałam sobie kilka tytułów, na które warto czekać.


J.K. Rowling – “The Casual Vacancy” (Znak) PREMIERA: listopad 2012  Pierwsza "dorosła" powieść autorki Harry'ego Pottera, na którą czekają wszyscy. Chyba nawet ci, którzy za HP nie przepadają, są ciekawi, jaka będzie ta książka.
Kiedy czterdziestokilkuletni Barry Fairbrother nagle umiera, mieszkańcy Pagford są w szoku. Szybko okazuje się, że w pozornie sielankowym angielskim miasteczku, z brukowanym rynkiem i wiekowym opactwem, wybucha prawdziwa wojna.  Wojna bogatych z biednymi, nastolatków z rodzicami, wojna żon z mężami i nauczycieli z uczniami. Pagford z pewnością nie jest tym, czym wydawało się na początku.
A wszystko z powodu miejsca w radzie parafialnej, które zwolniło się po śmierci Barry'ego. Kto zwycięży w wyborach naznaczonych zaciekłością i obłudą? Będziemy świadkami wojny, jakiej Pagford jeszcze nie przeżyło!


Alice Munro - "Za kogo ty się uważasz?" (WAB) PREMIERA 26 września 2012 Kanadyjska mistrzyni opowiadań. Wymieniana wśród kandydatów do literackiego Nobla. Kiedyś czytałam fragment jej opowiadania i pamiętam, że naprawdę mi się podobało, więc chętnie sięgnę po ten tytuł. 
Rose pochodzi z biedniejszej części Ontario. Mieszka z ojcem i macochą Flo w domu na tyłach należącego do rodziny sklepu meblowego. Jako dziecko z niechęcią i strachem obserwuje życie mieszkańców swojego miasta. Potem ucieka, by zacząć studia w Toronto, wyjść za mąż i podjąć pracę zawodową. I przez cały czas próbuje odpowiedzieć na zawarte w tytule książki pytanie, które w dzieciństwie usłyszała od macochy. Dziesięć powiązanych ze sobą opowiadań, z których każde tworzy samodzielną, kunsztownie zbudowaną całość, składa się na poruszającą i przenikliwą opowieść o dojrzewaniu.

Joanna Bator - "Ciemno, prawie noc" (WAB) PREMIERA: 10 października 2012 Dwa elementy sprawiły, że zainteresowała mnie ta pozycja - powieść gotycka oraz mój ukochany Dolny Śląsk. Do tego pasują one do siebie jak ulał!

W swojej najnowszej książce Joanna Bator nawiązuje do konwencji powieści gotyckiej.  Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. 

Alan Hollinghurst - "Obce dziecko" (Muza) PREMIERA: 19 września 2012 Saga rodzinna, angielska obyczajowość, wielkie posiadłości. Wszystko to, co lubię. Plus nostalgiczna jesienna okładka.
Rzecz dzieje się w latach 1913-2008. Autor po mistrzowsku opisał zmieniający się w ciągu stulecia sposób odczuwania świata, a jednocześnie, na przykładzie dwóch rodzin, Valance'ów i Sawle'ów, pokazał, ze w ludzkiej pamięci zawsze udaje się przechowa coś paradoksalnie niezmiennego. Wizyta Cecila Valance'a i powstały z tej okazji poemat na zawsze zwiąże go z rodziną przyjaciela z Cambridge. Fascynujący świat angielskich wyższych sfer po mistrzowsku opisany w powieści trwa do dziś. I choć posiadłości ziemskie podupadają a nawet zmieniają swoje przeznaczenia to duch dawnego świata jest wciąż żywy i obecny. Powieść Alana Hollonghursta jest wspaniała, język oryginalny i dowcipny a dialogi pełne życia.
 Alan Hollinghurst został uznany przez brytyjskich księgarzy za autora roku 2011. Bestseller ukaże się w blisko 20 językach. Książka otrzymała entuzjastyczne recenzje w prasie, tv i radiowych programach poświęconych literaturze. Przez wiele miesięcy gościła w czołówce list bestsellerów.

A Wam, które nowości lub zapowiedzi zaostrzają apetyt na książki?

piątek, 31 sierpnia 2012

Przepraszamy za usterki...

Parę dni temu Padma zwróciła mi uwagę, że nie można na moim nowym blogu dodawać komentarzy nie będąc zarejestrowanym, za co ogromnie jej dziękuję. Niniejszym podaję do wiadomości, że ten błąd już został usunięty i można zostawiać komentarze podając tylko nazwę i adres, a nawet anonimowe ;)

czwartek, 30 sierpnia 2012

Ktoś we mnie


Kiedy zaczynałam czytać tę książkę, nie wiedziałam, o czym będzie, ani czego się właściwie po niej spodziewać. Po stu stronach lektury, dalej tego nie wiedziałam, w związku z czym byłam bliska odłożenia książki na półkę. Jednak nie zrobiłam tego i wreszcie około 170 strony akcja nareszcie nabrała tempa. A ja zaczęłam myśleć, że akcja nie jest celem tej książki, ale raczej pretekstem do pokazania pewnego wycinka brytyjskiej powojennej rzeczywistości. Przez większą część książki dobrze poznajemy jej głównych bohaterów, a są nimi: prowadzący narrację blisko czterdziestoletni doktor Faraday oraz rodzina Ayersów, matka i jej dwoje dorosłych dzieci Roderick i Caroline, mieszkająca w popadającej w ruinę posiadłości Hundreds Hall, a także sam dom Hundreds Hall. Okazuje się (po tych ok. 170 stronach), że w domu dzieje się coś niedobrego: jakaś tajemnicza siła czy istota przesuwa przedmioty, zostawia tajemnicze ślady na ścianach lub sufitach. Jednak tylko jedna osoba widzi te zdarzenia. Doktor Faraday, racjonalny do bólu, nie dopuszcza do świadomości istnienia jakichkolwiek zjawisk nadprzyrodzonych i tłumaczy rodzinie, że najlepszym wyjściem dla osoby dotkniętej tymi omamami, jest leczenie psychiatryczne. Jednak okazuje się, że problem nie znika i kolejna osoba z rodziny zaczyna doświadczać podobnych zjawisk. Czy więc chodzi o dziedziczną przypadłość natury psychicznej czy może jednak o klątwę domu?
Autrorka nie narzuca czytelnikowi żadnej odpowiedzi – każdy sam na podstawie własnych emocji musi zadecydować, co jego zdaniem, naprawdę zdarzyło się w Hundred Halls.

Jak już wcześniej pisałam książka jest mocno przegadana (szczególnie na początku), ale sceneria (ogromna, mroczna posiadłość) i późniejsze emocje to wynagradzają. Atmosfera w drugiej połowie książki robi się trochę jak z filmu „Sierociniec” – tajemnicze znaki, odgłosy jak gdyby jakaś niewidzialna postać bawiła się w mieszkańcami domu, pomieszczenia, do których od lat nikt nie wchodził… Z drugiej strony chłodny głos rozsądku w postaci doktora Faradaya, sprowadzający wszystko do zjawisk naturalnych – odgłosy to wiatr albo skrzypienie starych belek, znaki na ścianach – zawilgocone mury. Każdy czytelnik, czy racjonalny czy skłonny do wierzenia w zjawiska nadprzyrodzone, może przyjąć własne stanowisko i własną wersję wydarzeń.

„Ktoś we mnie” cieszy się dużą popularnością w Wielkiej Brytanii – w 2009 roku była nominowana do prestiżowej nagrody Man Booker. Porusza bowiem kwestie ważne dla angielskiego społeczeństwa: urazy międzyklasowe, zmiany społeczne po wyczerpującej II wojnie światowej, psychologiczne aspekty obserwowania upadku swojej rodziny i swojej rodzinnej posiadłości: „(…) Hundreds nie oparło się działaniu historii, zniszczone własną niemocą i niechęcią do nadchodzących zmian. (…) Ayresowie, niezdolnie pójść z duchem czasu, wybrali odwrót, który w tym przypadku przybrał postać obłędu (…) takich rodzin jest w Anglii na pęczki; znikają jedna po drugiej.” („Ktoś we mnie” Sarah Waters, Prószyński i S-ka, 2009, s. 464)

Polecam bardziej miłośnikom angielskiej obyczajowości niż miłośnikom dreszczyku emocji. Zdecydowanie więcej jest tu tego pierwszego. 

Tytuł: Ktoś we mnie
Autor: Sarah Waters
Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2009
Stron: 464

piątek, 24 sierpnia 2012

Katarzyna Wielka. Gra o władzę


 Wychodzi na to, że powieści historyczne stają się jednym z moich ulubionych gatunków. Poznawanie historii (nawet lekko zniekształconej przez licencia poetica autora) przez pryzmat losów poszczególnych postaci jest naprawdę fascynujące. I skłania (mnie przynajmniej) do pogłębienia wiedzy w źródłach naukowych.  W trakcie lektury lubię sobie również zerknąć w Google, jak wyglądały postaci, o których czytam. Niestety portrety z danego okresu są trochę jak dzisiejsze zdjęcia profilowe na portalach społecznościowych – nie chodzi o to, jak się naprawdę wygląda, tylko jak powinni mnie widzieć inni, poza tym moda na określony sposób sporządzania portretów upodabnia je wszystkie do siebie, tak że trudno „wyczytać” coś z tych wizerunków.

Wracając do książki „Katarzyna Wielka. Gra o władzę” (czy tylko ja tu widzę próbę „podpięcia się” tytułem pod megapopularną „Grę o tron”?) to obszerna (500 stron) opowieść o losach Zofii Anhalt-Zerbst, księżniczki ze Szczecina, od czasu jej przybycia do Rosji po wstąpienie na tron cesarski jako caryca Katarzyna II. Choć tak naprawdę początek książki to historia narratorki, którą jest pochodząca z Polski Warwara Nikołajewna. Najpierw dowiadujemy się, co sprowadziło Barbarę i jej rodzinę do Sankt Petersburga i jak doszło do tego, że córka introligatora stała się zauszniczką carycy Elżbiety. Dopiero potem na scenę wkracza przyszła caryca Katarzyna w postaci nieśmiałej i niepewnej księżniczki Zofii.

Właściwie głównym wątkiem tej książki, w moim odczuciu, wcale nie jest dochodzenie Katarzyny II do władzy, ale relacja Warwary z przyszłą carycą. Reszta dzieje się w tle. Warwara, mówiąc wprost, zostaje szpiegiem, a wkrótce także podwójnym szpiegiem. Kiedy w Pałacu Zimowym zjawia się Zofia jako narzeczona Piotra, przyszłego cara, Warwara otrzymuje od carycy zadanie zaprzyjaźnienia się z młodą księżniczką, zdobycia jej zaufania i oczywiście informowania o wszystkim carycy. Warwara wykonuje zadania, ale jej przyjaźń z Zofią (później Katarzyną) zaczyna być szczerą relacją, której obie potrzebują. Niestety szczerej przyjaźni nie da się pogodzić z donoszeniem o wszystkim carycy.

Okazuje się, że życie na cesarskim dworze jest jak chodzenie po polu minowym – jeden nieuważny krok może doprowadzić do tragedii (co prawda caryca Elżbieta szczyciła się tym, że za jej rządów nie wykonano żadnego wyroku śmierci, ale są inne sposoby „radzenia sobie” z oponentami). Każda licząca się osoba w Pałacu Zimowym ma swoich zauszników i wszyscy są pod permanentnym obstrzałem czujnych spojrzeń tylko czekających na wyłapanie jakiegoś potknięcia. Warwara jednak wydaje się w sytuacji bez wyjścia: albo przyjmie te reguły gry (łącznie z dostarczaniem swojemu zleceniodawcy innych „przyjemności” niż opowiadanie dworskich ploteczek) albo pozostanie nic nie znaczącą szwaczką poniżaną ze względu na swoje polskie pochodzenie.  Jednak mimo że Warwara pnie się do góry w hierarchii pałacowej służby, to i tak pozostaje tylko marionetką wykonującą wszystkie rozkazy swoich chlebodawców, nawet te dotyczące jej życia prywatnego.

Książka niesie dla czytelnika wiele emocji: na początku jest smutno, potem jest poczucie zagrożenia i ciągłego ukrywania czegoś przed światem, wreszcie niecierpliwe oczekiwanie na triumf Katarzyny. Na początku trochę źle mi się czytało, bo nikt spośród bohaterów nie wzbudził mojej sympatii – wszyscy byli cyniczni i dwulicowi. Dopiero kiedy na scenie pojawiły się osoby „nieskażone” pałacowymi intrygami (Igor, Daria), albo kiedy pokazało się ludzkie oblicze niektórych innych osób (Piotr, Warwara), zaczęłam czerpać większą przyjemność z tej lektury. Tak czy inaczej, książkę czyta się szybko, a bogate wnętrza Pałacu Zimowego, pełne przepychu toalety, wspaniała biżuteria dodają opowiadanej historii smaku. No i oczywiście sama prawdziwa historia w tle – sytuacja w Europie w połowie XVIII wieku, włącznie z Polską, bo przecież Stanisław August Poniatowski (który również pojawia się w książce) miał bardzo bliskie stosunki (sic!) z Katarzyną. Czyli w sumie wszystko to, czego od powieści historycznej należy oczekiwać.

I znowu zastanawiam się, dlaczego o historii Polski nikt tak nie pisze? A może pisze, tylko ja o tym jeszcze nie wiem…

Tytuł: Katarzyna Wielka. Gra o władzę
Autor: Ewa Stachniak
Tłumaczenie: Ewa Rajewska
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2012
 Stron: 512

PS. Polecam WYWIAD Z AUTORKĄ, panią Ewą Stachniak.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Porzucone cz.2


Kolejna odsłona książek niedoczytanych:



1) „Marzenia i tajemnice” Danuta Wałęsa – naprawdę nie rozumiem tych zachwytów nad stroną literacko-językową tej książki. To nie literatura, to zapis zwierzeń, zbudowany z prostych, krótkich zdań. Nie przypadł mi do gustu wcale. Może gdybym odnalazła się w tematyce, to nie przeszkadzałaby mi tak bardzo ta sfera językowa. A tak, odłożyłam bez żalu.






2) „Kwestia Finklera” Howard Jacobson – no tu mi trochę wstyd. Mam jakieś takie przekonanie, że laureaci Bookera to naprawdę same świetne książki, więc skoro ta mi nie podchodzi, to może ze mną coś jest nie tak?  Nie skreślam tej pozycji, być może jeszcze do niej wrócę. Ale w tej chwili nie mam ochoty jej dalej czytać. Z lekkim żalem oddaję do biblioteki.






3) „Wyjechali” W.G. Sebald – bardzo rzadko się zdarza (a właściwie, chyba po raz pierwszy się zdarzyło), że odkładam książkę z powodu języka, jakim jest napisana, a nie z powodu treści. No i teraz są dwie możliwości: albo jest to wina tłumaczki i redakcji, albo autor tak ma. Obawiam się, że jednak może chodzić o to pierwsze. Ja rozumiem, że składnia języka niemieckiego bywa dość skomplikowana, ale sądzę, że język polski jest na tyle elastyczny, że można uniknąć zdań tego typu: (...) ani Edward, ani dr Selwyn nie chcieli czy też nie potrafili komentować tych zdjęć, w przeciwieństwie do wielu innych, prezentujących wiosenną florę wyspy i wszelkie pełzające lub uskrzydlone stworzenia, toteż gdy oni sami drżeli lekko na ekranie, w pokoju panowała niemal kompletna cisza." (s.26) Takich zdań jest więcej, tej książki się nie czyta, przez nią się brnie, cofając co chwilę, żeby sprawdzić, czego tak naprawdę dotyczy ta druga część zdania. Może jeszcze spróbuję w innym tłumaczeniu? Poza tym uważam, że wydawnictwo WAB bardzo nieładnie potraktowało czytelnika, bo w książce jest sporo cytatów po angielsku, które nigdzie nie są przetłumaczone!

4) „Saga Sigrun” Elżbieta Cherezińska – trochę mi szkoda tej książki, więc może jeszcze do niej wrócę. Chyba trafiłam z tą książką w zły moment, miałam ochotę na coś poważnego, a to raczej czytadło, choć osadzone w bardzo interesujących realiach. No i przez te kilkadziesiąt stron, które przeczytałam, zaczęła mnie trochę irytować przesłodzona i nieskalana główna bohaterka. Mimo to nadal jestem ciekawa „Korony krwi i śniegu”, ale to pozycja, która z racji gabarytu (większy niż przeciętny format, twarda oprawa i blisko 800 stron) kwalifikuje się raczej na czytnik ;)